Monday, 20 January 2014

Galway

Przyznam się, trochę się boję zacząć pisać o Galway… Boję się, że post mógłby zamienić się w litanię narzekań… Nie żebym od razu nie lubiła Galway, ale nie zawsze lubię tu mieszkać. Miasteczko ma fajny klimat, szczególnie latem, polecam je szczerze na weekendową wycieczkę… Ale ja uwielbiam duże miasta, ich zgiełk ale też niekończące się propozycje spędzenia wolnego czasu, niezliczone kafejki i restauracje, a jak jeszcze lotnisko jest blisko, to mam wszystko czego potrzebuję. Niedługo zatem może się pojawić wpis poświęcony tęsknocie za Barceloną… 


Galway jest dla mnie za bardzo przewidywalne, ze swoją jedną ulicą w centrum, z kilkoma restauracjami, do których wracamy z braku alternatyw, z kolejnymi weekendami, które za bardzo są do siebie podobne, z brakiem anonimowości, jaką tylko duże miasto może zagwarantować. Z drugiej strony, to tutaj łatwiej nawiązać kontakty z ludźmi i po roku mamy już kilka grupek znajomych. Dlatego nie jest aż tak źle, żebyśmy od razu planowali przeprowadzkę gdzieś indziej.

Niskie kolorowe budynki są fotogeniczne, puby mają szczególną atmosferę, na Shop Street, głównej i jedynej ulicy handlowej, zawsze panuje harmider. Kto lubi dobrą muzykę uliczną, na pewno się nie zawiedzie (nie wiem, skąd Irlandczycy są tak uzdolnieni muzycznie).


Jeśli traficie na ładną słoneczną pogodę, to gwarantuję, że przy Spanish Arch spotkacie tłumy roześmianych młodych ludzi popijających piwko, grających na gitarze, żonglujących, czy po prostu wystawiających twarze do słońca.

Wieczorami w Galway musicie się liczyć z tłumami w pubach (polecam te z muzyką na żywo na dobry początek), szczególnie latem znalezienie wolnego stolika w ogródkach jest misją trudną do zrealizowania. Ale jak Wam się uda, to obowiązkowo zamówcie pinta Guinnessa lub cydru i poobserwujcie ludzi dookoła. Choć bardziej prawdopodobne, że zaraz się ktoś do Was przysiądzie i zacznie rozmowę, Irlandczycy są bowiem niezwykle towarzyscy i łatwo nawiązują kontakty z nieznajomymi w barze.

Nie wspomniałam o zabytkach, bo nie wiem, o czym miałabym napisać…. Więc jeśli wystarcza Wam niespieszne włóczenie się po mieście i poznanie atmosfery miasta przez zaglądanie do pubów, do Galway Wam się spodoba. 

Ktoś się zapowiada w odwiedziny?




I have to admit, I’m bit scared to write about Galway ... I'm afraid that this post could turned into endless complain. Not that I don’t like Galway, but I not always like living here. The town has a great atmosphere, especially in the summer, I would honestly recommend it for a weekend trip. But I love big cities, with endless possibilities, different ways of spending free time, countless cafes and restaurants... And if a city is close to the airport, I have everything I need. So if you count on a post about why I miss Barcelona, there may be one coming in the future.



Galway is bit too predictable for me, with its one main street in the center, with several restaurants, to which we return as there are not many alternative places to try, many weekends are too similar to each other and I miss the anonymity that only a big city can give you . On the other hand, it was so easy to establish good relations with great people and after a year we already had friends we could count on. So overall, it’s not that bad here and we don’t feel the huge urge to start planning moving somewhere else. 

Small colorful buildings are photogenic, pubs have a special atmosphere, it’s always crowded  on Shop Street, the main and only shopping streets street. If you like street music, you won’t be disappointed as for some reason Irish people are talented and there are plenty artists performing to perform outdoors and in the pubs. 

If you are lucky enough and visit Galway on a sunny day, I guarantee that you will meet crowds at the Spanish Arch : young people laughing and drinking beer, playing guitar, juggling, or simply turning their faces to the sun.


During the evening, expect crowds in pubs (try to go to a one live music to start the evening out). Finding a table, especially outdoors in the summer find, may turn into mission impossible on Friday or Saturday night. But if you succeed, there is no better way to observe the locals than while sipping your pint of Guinness or cider. Although it’s more likely that someone starts conversation with you, as the Irish are in extremely sociable and establish easily contacts with strangers at the bar.


I don’t mention any famous monuments that you should see while in town, as there aren’t any.... So if you are the type of tourist that doesn’t mind just  wandering around the city and getting to know the atmosphere of the city by spending time in pubs, the Galway is a place to visit.  


So, anybody planning to visit us soon?

Tuesday, 14 January 2014

Spacer po plaży/ Walking on the beach

Przez ostatnich kilka tygodni byłam jak zahibernowana, ale powoli obudziłam się z zimowego snu. Przespałam podsumowanie roku i plany na nadchodzący, więc to sobie odpuszczę. Plany podróżnicze kiełkują, kilka pomysłów jest, zobaczymy, co z nich wyjdzie…. Obiecuję za to zrobić z pisania postów nawyk, bo naczytałam się w babskich gazetach, że potrzeba zaledwie kilku tygodni, żeby jakąś czynność zamienić w nawyk. W tym roku zredukowałam postanowienia noworoczne do wykonalnej liczby 3, więc mam nadzieję, że uda mi się je wszystkie zrealizować.

Jestem przeziębiona, więc potrzebuj ę słońca, więc dzisiejszy post zupełnie nie pasuje do aury panującej za oknem (szaro- buro i pada, ale czego innego można się spodziewać w styczniu w Irlandii?). Będzie o plaży, pogodzie plażowej nie do końca jednak idealnej, przybyciu Kolumba i rybie z bananami.


Są takie dni, które na zawsze zapadają nam w pamięć. Dzisiaj przypomniałam sobie o długim spacerze po plaży w Porto Santo. Chodzi coś za mną ta Madera i ogólnie Portugalia dzisiaj. Może ma to coś wspólnego z tym, że Ronaldo wygrał wczoraj Złotą Piłkę i  o niczym innym w gazetach portugalskich dziś nie piszą? A może po prostu czasami potrzeba takiego rozgrzewającego wspomnienia?

Do Porto Santo wybraliśmy się z jednym jasno postawionym celem- zrelaksować się na piaszczystej plaży. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, bo słońce, jak na złość schowało się za chmurami, a przecież wie, że po roku w zachmurzonej Irlandii zasługujemy bardziej niż inni na korzyści jakie niosą ze sobą promienie słoneczne. Zamiast leżenia plackiem poszliśmy więc na długi spacer brzegiem morza (właściwie to oceanu, ale nie czepiajmy się szczegółów). Plaża ciągnie się przez 9 kilometrów, pokonaliśmy przynajmniej połowę tego dystansu, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że jak Polak głodny, to zły. Starałam się  doceniać piękne widoki, ale tylko wyglądałam, czy nie pojawi się za chwilę jakaś budka serwująca jedzenie. A tu nic. Idziemy dalej czy zawracamy do cywilizacji? Poszliśmy dalej, bo wierzyliśmy, że koniec plaży to idealne miejsce na plażowy barek. I nie pomyliliśmy się (na szczęście dla Nuno, bo droga powrotna ze mną na głodzie, to byłby foch za fochem i istna gehenna). Już dawno zimne piwo nie smakowało, jak najwspanialszy trunek świata. Pierwsze wypiłam duszkiem, degustowałam się dopiero drugim :) A w międzyczasie wyszło słońce i się spiekliśmy trochę...


Wieczorem wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do centrum miasta. A tam proszę, czekała na nas niespodzianka, bo trafiliśmy na obchody festiwalu na cześć Kolumba. Kto mnie zna lub czytał posty barcelońskie, wie, że uwielbiam takie przaśne i kiczowate tradycje. Nuno niekoniecznie, ale przekupiłam go winem i przekąskami, więc cierpliwie czekał ze mną na przybycie Kolumba i jego załogi do portu.


Problem z Porto Santo jest taki, że przy jednym promie dziennie i pechu z pogodą trzeba sobie zorganizować alternatywne rozrywki. My przez kilka godzin na przemian czytaliśmy i urządzaliśmy turnieje ping-ponga, które położyły kres moim wyobrażeniom o byciu w lepszej formie niż Nuno. Po prostu wcześniej dawał mi fory, taki chciał być miły w pierwszym roku naszej znajomości.
Miało być jeszcze o rybie z bananami…Takie właśnie dziwne a smaczne połączenia wymyślają na Maderze, więc chyba będzie jeszcze niedługo kolejny post o ‘wyspie wiecznej wiosny’. Co wy na to?


Over the past few weeks I was hibernating, but  I’m slowly waking up from a deep winter sleep. I missed the time to write a recap of the last year and plans for the 2014... I have some travel plans, but plans have their own way to change and alter, so let’s just wait and see. Over holidays, I had some time to read girly magazines, and apparently you only need a couple of weeks to turn any activity into a habit. I’ll try to see if that applies to me writing posts on a regular basis. And as this year, for a change, I just picked three ny resolutions, I’m all positive I can achieve them.

I have the cold and that’s one of the reasons why I so desperately need some sunshine. Today’s post doesn’t fit what I see when I look through the window (well, who would expect anything but rain and grey clouds in Ireland in January anyway?). So I can just close my eyes and imagine I’m on the beach and write a post about it and mention waiting for Columbus to arrive and eating fish with bananas. To be completely honest, the weather wasn’t perfect for a whole day-doing-nothing-but-sunbathing and I’ll just probably skip the food aspect this time but let’s just ignore those tiny insignificant details.


Some memories of a perfect day can spend months in the back of mu head just waiting to be remembered again. And they may be special not because something extraordinary happened but just because they just felt right. I’ve been thinking a lot today about our holidays on Madeira (maybe it has something to do with the fact that Ronaldo won the Ballon d'Or yesterday and this is all you can read in today’s Portuguese newspapers? Or maybe I just needed some summer related memories?) 
We decided to go to Porto Santo for one reason and one reason only- to relax on the famous sandy beach. The weather messed a bit with our plans and the sun hid behind the clouds, even though it was obvious that after a year in a cloudy rainy Ireland we deserved a sunny day more than others. But, as they say, when life gives you lemons, make lemonade' (I think the fever makes me poetical), so we still decided to make out the most of it. The beach stretches for 9 km , I guess we walked half of this distance. And it would be a great experience if it hadn’t been for the fact that I was extremely hungry (and there even is a Polish saying to describe such situation: hungry Pole, angry Pole. I really made my best to admire the beautiful views without complaining too much but I could only focus on trying to spot a beach bar that serves food. And I could spot nothing. Should be carry on or go back? We decided to keep on walking hoping that the very end of the beach would make a perfect place for a beach bar . Luckily for Nuno (as going back with me hungry would be a real ordeal), we were right. God, I didn’t remember that a cold beer could taste as the best drink in the word!


In the evening we decided to go for yet another walk, this time to the city center . And what a surprise we found there! It was Columbus festival, just the type of tacky tradition that I love (and often described when we lived in Spain where you can find plenty of such festivities) and Nuno hates. But I just couldn’t resist to walk by so I bribed Nuno instead and he never says no to wine and snacks, so he patiently waited with me for the arrival of Columbus and his crew to the port.

 
There was only one ferry per day connecting  Porto Santo and Madeira, which wouldn’t be a problem if the weather had been better. Instead we had to look for is alternative entertainment  on our second and last day there. Reading did the trick and in the meantime my impressions of being amazing table tennis player were shuttered as Nuno no longer gave me a head start , as he apparently used to do during our first holidays together few years ago.

Porto Santo was just one place on Madeira that we visited, so soon I should be posting more entries from our trip there.

Wednesday, 27 November 2013

Dublin, wersja turystyczna/ Dublin, touristic version


Lubię Dublin. Gdybym mogła magicznie zamienić miejsce zamieszkania w obrębie Irlandii, to bez wahania już jutro byłabym w Dublinie.  O kilku powodach, dla których polubiłam Dublin pisałam w tym poście. Obiecywałam więcej, ale musiało minąć 9 miesięcy, żeby powstał kolejny post o stolicy wyspy.


Za pierwszym razem przechadzaliśmy się po mieście, co byście wiedzieli, jeśli kliknęliście w linka. Tym razem jednak, korzystając z wizyty mojego taty, poznaliśmy Dubli, jak na prawdziwych turystów przystało. Tak, zaliczyliśmy wszystko, co turysta absolutnie musi zobaczyć w Dublinie. Na pierwszy rzut poszedł piątkowy wieczór w pubie, z Guinnessem oraz muzyką na żywo w tle. Sobotę rozpoczęliśmy full irish breakfast, potem spacerek do Trinity College, odstanie w kolejce i zobaczenie słynnej Book of Kells, a potem spacerek (mógłby być autobus, ale w końcu mieliśmy full irish breakfast, a te kiełbaski i bekon należałoby jednak spalić) do fabryki Guinnessa. Bardziej turystycznego planu na sobotnie przedpołudnie nie dało się chyba wymyślić. 


Po południu, a jakże, Temple bar i puby. Tu guinness, tam kolejny pint, ani się obejrzeliśmy a w pubie spędziliśmy z 2 godziny, ale na nasze usprawiedliwienie mamy deszczową pogodę i klimat irlandzkich pubów (zasługują na osobny post, ale nie obiecuję nic, bo coś mi nie wychodzi trzymanie terminów).


Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja wolę sobie czasami bez celu chodzić po mieście, powłóczyć się brzegiem rzeki, czy zagubić się w nieznanych zakamarkach nowego miasta. Tak „zwiedzaliśmy” Dublin za pierwszym razem. Bez presji czasu, bez konieczności wejścia gdziekolwiek. Wiedzieliśmy, że Dublin odwiedzimy niejeden jeszcze raz. We wrześniu poszliśmy jednak do tak zwanych atrakcji turystycznych miasta, więc zwiedzanie tym razem miało konkretny cel i cenę (bo ani Guinness factory za 16€ ani Book of kells- chyba 8,50€ do najtańszych atrakcji nie należą. Dodatkowo pogoda niezbyt dopisała tym razem, więc Dublin już mnie nie oczarował tak, jak przy pierwszej wizycie (kulinarnie nadal było jednak tak dobrze, że zamieniłabym Galway na stolicę bez mrugnięcia okiem). Wtedy były tylko ochy i achy, a teraz umiarkowany entuzjazm. Może po prostu powinniśmy więcej spacerować i zamienić wejście do fabryki Guinnessa na kilka pintów w lokalnych pubach?A oglądanie książki (wiem, że nie jest to jakaś pierwsza z brzegu książka, ale jeden z najważniejszych zabytków irlandzkich, wpisany na listę Guinnessa) też sobie odpuścić, chyba że ktoś jest pasjonatem średniowiecznej historii i manuskryptów…


A na wiosnę planuję Dublinowi dać trzecią szansę. 


I like Dublin. If I could magically close my eyes and change my current city (i.e. Galway), I would be in Dublin tomorrow. Here is a link to 5 reasons why we liked Dublin the first time we went there. I promised more post on that subject and it took me nine months to write the post (and believe me, translation it into English was why I almost changes my mind… I must be insane, should read a book or watch TV instead of blogging in English… are there even any non-Polish readers here?)


As you could see from the previous post (that is, if you actually clicked the link), that we just wandered around the city. The second time, in September, we were real tourists. We saw all the must-sees, we queued to enter to famous touristic spots, we did it all. We started on Friday- with a pint of Guinness and live music, in a pub of course, where else? Ireland= pub :) We had Full Irish Breakfast on Saturday, then we walked to Trinity College, we had to queue to see the famous Book of Kells, then we walked again (we could have taken a bus, but the Full Irish had to be burnt) to to the Guinness factory . I couldn’t come with more touristic schedule. Well, actually I could, as in the afternoon  we went to Temple Bar district to have few pints in different pubs. I should really write a separate post on Irish pubs, but won’t promise anything as I obviously can’t keep my word. 


I do not know if it’s only me, but I prefer to aimlessly walk around a city I visit the first time, I always choose a walk by the river that enter some museum, I will rather get lost and discover some unexpected gems than to spend hour in a queue to some famous monument. This is how we visited Dublin the first time- no time pressure, no need to go anywhere specific. We knew there would be more visits in the future. 


In September, however, we went to the so-called tourist attractions, this time exploring Dublin had its purpose and price (because neither the entrance to  Guinness factory for 16 € nor Book of Kells -8,50 € can be called cheap). Weather didn’t help. As much as I was delighted and charmed by Dublin months ago, the second time my enthusiasm was moderate (but a foodie part was still satisfying…). Maybe we should just go have a pint in a pub than going to the Guinness Factory? Maybe we should just walk by the river instead of queuing to see the famous book (I know it’s not just any book, but one of most important Irish treasures  but I’m not that passionate about medieval history or manuscripts)?


Well, I’m going to give Dublin  a third chance in Spring.

Friday, 22 November 2013

Krótki post o roadtrip/ Short post about a roadtrip


Uwielbiam podróżować samochodem. Można się zatrzymać po drodze w dowolnym miejscu. Można zmienić pod wpływem impulsu plan podróży. Nie chodzi przecież tylko o to,  aby dojechać z punktu A do punktu B. Czasami chodzi o podróż samą w sobie. Lubię obserwować Nuno, jak podekscytowany wybiera piosenki na CD, których słuchamy w drodze. Jeszcze bardziej lubię wspominać pewne podróże i momenty podczas nich przeżyte, które dana piosenka przywołuje. 


Uśmiecham się na wspomnienie objazdowego wyjazdu na Sardynii, po którym stwierdziłam, że fiat500 to autko dla mnie. Polecam wszystkim roadtrip po Portugalii, na jaki zabraliśmy moich rodziców.  Albo odkrywanie urokliwych małych miasteczek na Majorce…


Marzy mi się roadtrip słynną drogą 66 w Stanach. Marzy mi się wynajęcie kamperu i zwiedzeniu w ten sposób Australii czy Nowej Zelandii.

Dziś krótki post, bo w piątek po pracy nie uśmiecha mi się spędzać czasu przed ekranem. Lepiej iść do pubu na pinta, w końcu jestem w Irlandii…




I love to travel by car. You can stop anywhere and  for as long as you want. You can totally change your itinerary if you feel like it. It’s not just driving from A to B, sometimes what counts more is the journey itself. 



I like when Nuno chooses the music for the CD that we listen to too many times during a trip. I like it even more when certain song brings back memories from different trips that we made.  Like the roadtrip in Sardinia where we discovered so many beaches and where I decided that a fiat500 (that we rented) would make a perfect car for me. I would recommend everyone to plan a road trip in Portugal, my parents absolutely loved it. Or discovering small adorable towns on Mallorca… or…


I dream of  riding the famous route 66.  I hope that one day I will hire a camper and travel through Australia or New Zealand.

Today is Friday, and since in Ireland on  a Friday you go to a pub, let’s cut this post short. 

Saturday, 16 November 2013

Bello Bellagio


Podczas podróży (bo mieszkanie w takim to już zupełnie inna bajka) uwielbiam małe miasteczka. Jest ich pełno w krajach południowych, w Portugalii, Włoszech, Hiszpanii… Takie na godzinny spacer. Takie, w którym bez pośpiechu chodzimy, by po chwili przysiąść na kawę. Lub aperitivo. Lub gelato. W sumie można na jedno i drugie, nigdy nie odmawiaj takim małym codziennym przyjemnościom.

Jak wybieracie następny kraj, miasto lub region, który odwiedzicie? O niektórych marzymy całe życie, o innych tyle dobrego słyszeliśmy, a niektóre miejsca odwiedzamy, aby odwiedzić rodzinę i znajomych. I tak było w przypadku Como, gdzie od ponad trzech lat mieszka moja siostra. Gdy w końcu nas zaprosiła do siebie, nie mogliśmy nie skorzystać! Tym więc sposobem mieliśmy okazje poznać jedną z pocztówkowych wizytówek północnych Włoch, najgłębsze jezioro Alp. A jak wiadomo, na jeziorze najlepiej sobie popływać, więc zaplanowaliśmy sobie całodniowy rejsik promem z przystankami w malowniczych miejscowościach. Już same ich nazwy brzmią poetycko(albo to przez moje nostalgiczne wspomnienia tak mi się wydaje): Bellagio, Menaggio, Varenna…Zdecydowaliśmy się popłynąć aż do Bellagio, które uważane jest za najbardziej malownicze i zyskało nawet miano „perły jeziora Como”, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Lenno. 


Widoki z wody są niesamowite, widoki na jezioro są niesamowite… nie ma co się zatem dziwić, że sławy takie jak Madonna czy George Clooney mają tu domy, a jezioro było tłem w takich filmach jak Casino Royale czy  Gwiezdne wojny: część II - Atak klonów. Szkoda, że nie mieliśmy małej własnej łódeczki i czasu na odkrycie wszystkich położonych nad Como miasteczek. 


Bellagio ma urokliwą starówkę, kilka stromych uliczek, kościół… i to by było na tyle. Czasami dla odmiany dobrze jest wybrać się w miejsce, w którym nikt nie zrobił listy: 10 rzeczy, które koniecznie musisz zobaczyć, z prostego powodu: nie znalazłby ich aż 10. Delektowaliśmy się słońcem, poddaliśmy się dolce fare niente, znaleźliśmy ukrytą małą knajpkę i rozkoszowaliśmy się rozmową przy Spitzu i przekąskach. Nie potrzebowaliśmy nic więcej do szczęścia. No może pysznego gelato, takiego, które tylko we Włoszech tak smakuje. Pokręciliśmy się troszkę po Bellagio i czas było wracać…


Właśnie zdałąm sobie sprawę, że dzisiejszy post jest 200 postem na tym blogu. Jeśli lubisz tu zaglądać, zostaw komentarz albo polub fanpage bloga na facebooku.


When travelling (as to live In one, is Just another story), I love to explore tiny picturesque towns. There are plenty of those in countries like Portugal, Italy, Spain..They are perfect for a one-hour walk around. Where after that hour, you can just find a nice café and sit down for a coffee. Or aperitivo. Or gelato. Well, you always can have it all- never say no to small pleasures…

How do you decide where to travel next? You dream about some places, cities, countries, you’ve heard only nice things about other destinations and to some places you go to visit your friends or family. My sister’s been living in Como for around 3 years so when she finally invited us, we just couldn’t say no (who says no to Italian holidays anyway?). this invitation meant that we had the chance to visit one of the postcard views from the northern Italy, the deepest lake in the Alps. And because the lake is perfect for a boat trip, we spend the whole day on a cruise and visited some picturesque towns. Names itself sound so poetic (or it’s just me being nostalgic): Bellagio, Menaggio, Varenna ... We decided to hop off in Bellagio, which is considered the most picturesque one and is known as  the pearl of Lake Como and on our way back we stopped in Lenno. 


The views from the water are amazing, the views of the lake are amazing ... no wonder it is here that celebrities like Madonna or George Clooney bought  houses, and that blockbusters like Casino Royale and Star Wars: Episode II - Attack of the Clones were filmed there. I just wish we had our own private boat or yacht and lots of time to explore all the small town on the lake shores.


Bellagio has a charming old town , a few steep streets , the church ... and that would probably be all. Doesn’t it feel good to be in such a place where nobody made a list of 10 things/places to do/see, as there simply aren’t 10 things to see/do? We just found it perfect, enjoyed the sun, found a small café and talked for quite some time sipping our Spritz. We didn’t need anything else to feel happy. Maybe a gelato, that only in Italy has this taste that you remember after you’re back home.  


I've just notice that this is the 200th post on this blog! Wow. 

Monday, 20 January 2014

Galway

Przyznam się, trochę się boję zacząć pisać o Galway… Boję się, że post mógłby zamienić się w litanię narzekań… Nie żebym od razu nie lubiła Galway, ale nie zawsze lubię tu mieszkać. Miasteczko ma fajny klimat, szczególnie latem, polecam je szczerze na weekendową wycieczkę… Ale ja uwielbiam duże miasta, ich zgiełk ale też niekończące się propozycje spędzenia wolnego czasu, niezliczone kafejki i restauracje, a jak jeszcze lotnisko jest blisko, to mam wszystko czego potrzebuję. Niedługo zatem może się pojawić wpis poświęcony tęsknocie za Barceloną… 


Galway jest dla mnie za bardzo przewidywalne, ze swoją jedną ulicą w centrum, z kilkoma restauracjami, do których wracamy z braku alternatyw, z kolejnymi weekendami, które za bardzo są do siebie podobne, z brakiem anonimowości, jaką tylko duże miasto może zagwarantować. Z drugiej strony, to tutaj łatwiej nawiązać kontakty z ludźmi i po roku mamy już kilka grupek znajomych. Dlatego nie jest aż tak źle, żebyśmy od razu planowali przeprowadzkę gdzieś indziej.

Niskie kolorowe budynki są fotogeniczne, puby mają szczególną atmosferę, na Shop Street, głównej i jedynej ulicy handlowej, zawsze panuje harmider. Kto lubi dobrą muzykę uliczną, na pewno się nie zawiedzie (nie wiem, skąd Irlandczycy są tak uzdolnieni muzycznie).


Jeśli traficie na ładną słoneczną pogodę, to gwarantuję, że przy Spanish Arch spotkacie tłumy roześmianych młodych ludzi popijających piwko, grających na gitarze, żonglujących, czy po prostu wystawiających twarze do słońca.

Wieczorami w Galway musicie się liczyć z tłumami w pubach (polecam te z muzyką na żywo na dobry początek), szczególnie latem znalezienie wolnego stolika w ogródkach jest misją trudną do zrealizowania. Ale jak Wam się uda, to obowiązkowo zamówcie pinta Guinnessa lub cydru i poobserwujcie ludzi dookoła. Choć bardziej prawdopodobne, że zaraz się ktoś do Was przysiądzie i zacznie rozmowę, Irlandczycy są bowiem niezwykle towarzyscy i łatwo nawiązują kontakty z nieznajomymi w barze.

Nie wspomniałam o zabytkach, bo nie wiem, o czym miałabym napisać…. Więc jeśli wystarcza Wam niespieszne włóczenie się po mieście i poznanie atmosfery miasta przez zaglądanie do pubów, do Galway Wam się spodoba. 

Ktoś się zapowiada w odwiedziny?




I have to admit, I’m bit scared to write about Galway ... I'm afraid that this post could turned into endless complain. Not that I don’t like Galway, but I not always like living here. The town has a great atmosphere, especially in the summer, I would honestly recommend it for a weekend trip. But I love big cities, with endless possibilities, different ways of spending free time, countless cafes and restaurants... And if a city is close to the airport, I have everything I need. So if you count on a post about why I miss Barcelona, there may be one coming in the future.



Galway is bit too predictable for me, with its one main street in the center, with several restaurants, to which we return as there are not many alternative places to try, many weekends are too similar to each other and I miss the anonymity that only a big city can give you . On the other hand, it was so easy to establish good relations with great people and after a year we already had friends we could count on. So overall, it’s not that bad here and we don’t feel the huge urge to start planning moving somewhere else. 

Small colorful buildings are photogenic, pubs have a special atmosphere, it’s always crowded  on Shop Street, the main and only shopping streets street. If you like street music, you won’t be disappointed as for some reason Irish people are talented and there are plenty artists performing to perform outdoors and in the pubs. 

If you are lucky enough and visit Galway on a sunny day, I guarantee that you will meet crowds at the Spanish Arch : young people laughing and drinking beer, playing guitar, juggling, or simply turning their faces to the sun.


During the evening, expect crowds in pubs (try to go to a one live music to start the evening out). Finding a table, especially outdoors in the summer find, may turn into mission impossible on Friday or Saturday night. But if you succeed, there is no better way to observe the locals than while sipping your pint of Guinness or cider. Although it’s more likely that someone starts conversation with you, as the Irish are in extremely sociable and establish easily contacts with strangers at the bar.


I don’t mention any famous monuments that you should see while in town, as there aren’t any.... So if you are the type of tourist that doesn’t mind just  wandering around the city and getting to know the atmosphere of the city by spending time in pubs, the Galway is a place to visit.  


So, anybody planning to visit us soon?

Tuesday, 14 January 2014

Spacer po plaży/ Walking on the beach

Przez ostatnich kilka tygodni byłam jak zahibernowana, ale powoli obudziłam się z zimowego snu. Przespałam podsumowanie roku i plany na nadchodzący, więc to sobie odpuszczę. Plany podróżnicze kiełkują, kilka pomysłów jest, zobaczymy, co z nich wyjdzie…. Obiecuję za to zrobić z pisania postów nawyk, bo naczytałam się w babskich gazetach, że potrzeba zaledwie kilku tygodni, żeby jakąś czynność zamienić w nawyk. W tym roku zredukowałam postanowienia noworoczne do wykonalnej liczby 3, więc mam nadzieję, że uda mi się je wszystkie zrealizować.

Jestem przeziębiona, więc potrzebuj ę słońca, więc dzisiejszy post zupełnie nie pasuje do aury panującej za oknem (szaro- buro i pada, ale czego innego można się spodziewać w styczniu w Irlandii?). Będzie o plaży, pogodzie plażowej nie do końca jednak idealnej, przybyciu Kolumba i rybie z bananami.


Są takie dni, które na zawsze zapadają nam w pamięć. Dzisiaj przypomniałam sobie o długim spacerze po plaży w Porto Santo. Chodzi coś za mną ta Madera i ogólnie Portugalia dzisiaj. Może ma to coś wspólnego z tym, że Ronaldo wygrał wczoraj Złotą Piłkę i  o niczym innym w gazetach portugalskich dziś nie piszą? A może po prostu czasami potrzeba takiego rozgrzewającego wspomnienia?

Do Porto Santo wybraliśmy się z jednym jasno postawionym celem- zrelaksować się na piaszczystej plaży. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, bo słońce, jak na złość schowało się za chmurami, a przecież wie, że po roku w zachmurzonej Irlandii zasługujemy bardziej niż inni na korzyści jakie niosą ze sobą promienie słoneczne. Zamiast leżenia plackiem poszliśmy więc na długi spacer brzegiem morza (właściwie to oceanu, ale nie czepiajmy się szczegółów). Plaża ciągnie się przez 9 kilometrów, pokonaliśmy przynajmniej połowę tego dystansu, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że jak Polak głodny, to zły. Starałam się  doceniać piękne widoki, ale tylko wyglądałam, czy nie pojawi się za chwilę jakaś budka serwująca jedzenie. A tu nic. Idziemy dalej czy zawracamy do cywilizacji? Poszliśmy dalej, bo wierzyliśmy, że koniec plaży to idealne miejsce na plażowy barek. I nie pomyliliśmy się (na szczęście dla Nuno, bo droga powrotna ze mną na głodzie, to byłby foch za fochem i istna gehenna). Już dawno zimne piwo nie smakowało, jak najwspanialszy trunek świata. Pierwsze wypiłam duszkiem, degustowałam się dopiero drugim :) A w międzyczasie wyszło słońce i się spiekliśmy trochę...


Wieczorem wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do centrum miasta. A tam proszę, czekała na nas niespodzianka, bo trafiliśmy na obchody festiwalu na cześć Kolumba. Kto mnie zna lub czytał posty barcelońskie, wie, że uwielbiam takie przaśne i kiczowate tradycje. Nuno niekoniecznie, ale przekupiłam go winem i przekąskami, więc cierpliwie czekał ze mną na przybycie Kolumba i jego załogi do portu.


Problem z Porto Santo jest taki, że przy jednym promie dziennie i pechu z pogodą trzeba sobie zorganizować alternatywne rozrywki. My przez kilka godzin na przemian czytaliśmy i urządzaliśmy turnieje ping-ponga, które położyły kres moim wyobrażeniom o byciu w lepszej formie niż Nuno. Po prostu wcześniej dawał mi fory, taki chciał być miły w pierwszym roku naszej znajomości.
Miało być jeszcze o rybie z bananami…Takie właśnie dziwne a smaczne połączenia wymyślają na Maderze, więc chyba będzie jeszcze niedługo kolejny post o ‘wyspie wiecznej wiosny’. Co wy na to?


Over the past few weeks I was hibernating, but  I’m slowly waking up from a deep winter sleep. I missed the time to write a recap of the last year and plans for the 2014... I have some travel plans, but plans have their own way to change and alter, so let’s just wait and see. Over holidays, I had some time to read girly magazines, and apparently you only need a couple of weeks to turn any activity into a habit. I’ll try to see if that applies to me writing posts on a regular basis. And as this year, for a change, I just picked three ny resolutions, I’m all positive I can achieve them.

I have the cold and that’s one of the reasons why I so desperately need some sunshine. Today’s post doesn’t fit what I see when I look through the window (well, who would expect anything but rain and grey clouds in Ireland in January anyway?). So I can just close my eyes and imagine I’m on the beach and write a post about it and mention waiting for Columbus to arrive and eating fish with bananas. To be completely honest, the weather wasn’t perfect for a whole day-doing-nothing-but-sunbathing and I’ll just probably skip the food aspect this time but let’s just ignore those tiny insignificant details.


Some memories of a perfect day can spend months in the back of mu head just waiting to be remembered again. And they may be special not because something extraordinary happened but just because they just felt right. I’ve been thinking a lot today about our holidays on Madeira (maybe it has something to do with the fact that Ronaldo won the Ballon d'Or yesterday and this is all you can read in today’s Portuguese newspapers? Or maybe I just needed some summer related memories?) 
We decided to go to Porto Santo for one reason and one reason only- to relax on the famous sandy beach. The weather messed a bit with our plans and the sun hid behind the clouds, even though it was obvious that after a year in a cloudy rainy Ireland we deserved a sunny day more than others. But, as they say, when life gives you lemons, make lemonade' (I think the fever makes me poetical), so we still decided to make out the most of it. The beach stretches for 9 km , I guess we walked half of this distance. And it would be a great experience if it hadn’t been for the fact that I was extremely hungry (and there even is a Polish saying to describe such situation: hungry Pole, angry Pole. I really made my best to admire the beautiful views without complaining too much but I could only focus on trying to spot a beach bar that serves food. And I could spot nothing. Should be carry on or go back? We decided to keep on walking hoping that the very end of the beach would make a perfect place for a beach bar . Luckily for Nuno (as going back with me hungry would be a real ordeal), we were right. God, I didn’t remember that a cold beer could taste as the best drink in the word!


In the evening we decided to go for yet another walk, this time to the city center . And what a surprise we found there! It was Columbus festival, just the type of tacky tradition that I love (and often described when we lived in Spain where you can find plenty of such festivities) and Nuno hates. But I just couldn’t resist to walk by so I bribed Nuno instead and he never says no to wine and snacks, so he patiently waited with me for the arrival of Columbus and his crew to the port.

 
There was only one ferry per day connecting  Porto Santo and Madeira, which wouldn’t be a problem if the weather had been better. Instead we had to look for is alternative entertainment  on our second and last day there. Reading did the trick and in the meantime my impressions of being amazing table tennis player were shuttered as Nuno no longer gave me a head start , as he apparently used to do during our first holidays together few years ago.

Porto Santo was just one place on Madeira that we visited, so soon I should be posting more entries from our trip there.

Wednesday, 27 November 2013

Dublin, wersja turystyczna/ Dublin, touristic version


Lubię Dublin. Gdybym mogła magicznie zamienić miejsce zamieszkania w obrębie Irlandii, to bez wahania już jutro byłabym w Dublinie.  O kilku powodach, dla których polubiłam Dublin pisałam w tym poście. Obiecywałam więcej, ale musiało minąć 9 miesięcy, żeby powstał kolejny post o stolicy wyspy.


Za pierwszym razem przechadzaliśmy się po mieście, co byście wiedzieli, jeśli kliknęliście w linka. Tym razem jednak, korzystając z wizyty mojego taty, poznaliśmy Dubli, jak na prawdziwych turystów przystało. Tak, zaliczyliśmy wszystko, co turysta absolutnie musi zobaczyć w Dublinie. Na pierwszy rzut poszedł piątkowy wieczór w pubie, z Guinnessem oraz muzyką na żywo w tle. Sobotę rozpoczęliśmy full irish breakfast, potem spacerek do Trinity College, odstanie w kolejce i zobaczenie słynnej Book of Kells, a potem spacerek (mógłby być autobus, ale w końcu mieliśmy full irish breakfast, a te kiełbaski i bekon należałoby jednak spalić) do fabryki Guinnessa. Bardziej turystycznego planu na sobotnie przedpołudnie nie dało się chyba wymyślić. 


Po południu, a jakże, Temple bar i puby. Tu guinness, tam kolejny pint, ani się obejrzeliśmy a w pubie spędziliśmy z 2 godziny, ale na nasze usprawiedliwienie mamy deszczową pogodę i klimat irlandzkich pubów (zasługują na osobny post, ale nie obiecuję nic, bo coś mi nie wychodzi trzymanie terminów).


Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja wolę sobie czasami bez celu chodzić po mieście, powłóczyć się brzegiem rzeki, czy zagubić się w nieznanych zakamarkach nowego miasta. Tak „zwiedzaliśmy” Dublin za pierwszym razem. Bez presji czasu, bez konieczności wejścia gdziekolwiek. Wiedzieliśmy, że Dublin odwiedzimy niejeden jeszcze raz. We wrześniu poszliśmy jednak do tak zwanych atrakcji turystycznych miasta, więc zwiedzanie tym razem miało konkretny cel i cenę (bo ani Guinness factory za 16€ ani Book of kells- chyba 8,50€ do najtańszych atrakcji nie należą. Dodatkowo pogoda niezbyt dopisała tym razem, więc Dublin już mnie nie oczarował tak, jak przy pierwszej wizycie (kulinarnie nadal było jednak tak dobrze, że zamieniłabym Galway na stolicę bez mrugnięcia okiem). Wtedy były tylko ochy i achy, a teraz umiarkowany entuzjazm. Może po prostu powinniśmy więcej spacerować i zamienić wejście do fabryki Guinnessa na kilka pintów w lokalnych pubach?A oglądanie książki (wiem, że nie jest to jakaś pierwsza z brzegu książka, ale jeden z najważniejszych zabytków irlandzkich, wpisany na listę Guinnessa) też sobie odpuścić, chyba że ktoś jest pasjonatem średniowiecznej historii i manuskryptów…


A na wiosnę planuję Dublinowi dać trzecią szansę. 


I like Dublin. If I could magically close my eyes and change my current city (i.e. Galway), I would be in Dublin tomorrow. Here is a link to 5 reasons why we liked Dublin the first time we went there. I promised more post on that subject and it took me nine months to write the post (and believe me, translation it into English was why I almost changes my mind… I must be insane, should read a book or watch TV instead of blogging in English… are there even any non-Polish readers here?)


As you could see from the previous post (that is, if you actually clicked the link), that we just wandered around the city. The second time, in September, we were real tourists. We saw all the must-sees, we queued to enter to famous touristic spots, we did it all. We started on Friday- with a pint of Guinness and live music, in a pub of course, where else? Ireland= pub :) We had Full Irish Breakfast on Saturday, then we walked to Trinity College, we had to queue to see the famous Book of Kells, then we walked again (we could have taken a bus, but the Full Irish had to be burnt) to to the Guinness factory . I couldn’t come with more touristic schedule. Well, actually I could, as in the afternoon  we went to Temple Bar district to have few pints in different pubs. I should really write a separate post on Irish pubs, but won’t promise anything as I obviously can’t keep my word. 


I do not know if it’s only me, but I prefer to aimlessly walk around a city I visit the first time, I always choose a walk by the river that enter some museum, I will rather get lost and discover some unexpected gems than to spend hour in a queue to some famous monument. This is how we visited Dublin the first time- no time pressure, no need to go anywhere specific. We knew there would be more visits in the future. 


In September, however, we went to the so-called tourist attractions, this time exploring Dublin had its purpose and price (because neither the entrance to  Guinness factory for 16 € nor Book of Kells -8,50 € can be called cheap). Weather didn’t help. As much as I was delighted and charmed by Dublin months ago, the second time my enthusiasm was moderate (but a foodie part was still satisfying…). Maybe we should just go have a pint in a pub than going to the Guinness Factory? Maybe we should just walk by the river instead of queuing to see the famous book (I know it’s not just any book, but one of most important Irish treasures  but I’m not that passionate about medieval history or manuscripts)?


Well, I’m going to give Dublin  a third chance in Spring.

Friday, 22 November 2013

Krótki post o roadtrip/ Short post about a roadtrip


Uwielbiam podróżować samochodem. Można się zatrzymać po drodze w dowolnym miejscu. Można zmienić pod wpływem impulsu plan podróży. Nie chodzi przecież tylko o to,  aby dojechać z punktu A do punktu B. Czasami chodzi o podróż samą w sobie. Lubię obserwować Nuno, jak podekscytowany wybiera piosenki na CD, których słuchamy w drodze. Jeszcze bardziej lubię wspominać pewne podróże i momenty podczas nich przeżyte, które dana piosenka przywołuje. 


Uśmiecham się na wspomnienie objazdowego wyjazdu na Sardynii, po którym stwierdziłam, że fiat500 to autko dla mnie. Polecam wszystkim roadtrip po Portugalii, na jaki zabraliśmy moich rodziców.  Albo odkrywanie urokliwych małych miasteczek na Majorce…


Marzy mi się roadtrip słynną drogą 66 w Stanach. Marzy mi się wynajęcie kamperu i zwiedzeniu w ten sposób Australii czy Nowej Zelandii.

Dziś krótki post, bo w piątek po pracy nie uśmiecha mi się spędzać czasu przed ekranem. Lepiej iść do pubu na pinta, w końcu jestem w Irlandii…




I love to travel by car. You can stop anywhere and  for as long as you want. You can totally change your itinerary if you feel like it. It’s not just driving from A to B, sometimes what counts more is the journey itself. 



I like when Nuno chooses the music for the CD that we listen to too many times during a trip. I like it even more when certain song brings back memories from different trips that we made.  Like the roadtrip in Sardinia where we discovered so many beaches and where I decided that a fiat500 (that we rented) would make a perfect car for me. I would recommend everyone to plan a road trip in Portugal, my parents absolutely loved it. Or discovering small adorable towns on Mallorca… or…


I dream of  riding the famous route 66.  I hope that one day I will hire a camper and travel through Australia or New Zealand.

Today is Friday, and since in Ireland on  a Friday you go to a pub, let’s cut this post short. 

Saturday, 16 November 2013

Bello Bellagio


Podczas podróży (bo mieszkanie w takim to już zupełnie inna bajka) uwielbiam małe miasteczka. Jest ich pełno w krajach południowych, w Portugalii, Włoszech, Hiszpanii… Takie na godzinny spacer. Takie, w którym bez pośpiechu chodzimy, by po chwili przysiąść na kawę. Lub aperitivo. Lub gelato. W sumie można na jedno i drugie, nigdy nie odmawiaj takim małym codziennym przyjemnościom.

Jak wybieracie następny kraj, miasto lub region, który odwiedzicie? O niektórych marzymy całe życie, o innych tyle dobrego słyszeliśmy, a niektóre miejsca odwiedzamy, aby odwiedzić rodzinę i znajomych. I tak było w przypadku Como, gdzie od ponad trzech lat mieszka moja siostra. Gdy w końcu nas zaprosiła do siebie, nie mogliśmy nie skorzystać! Tym więc sposobem mieliśmy okazje poznać jedną z pocztówkowych wizytówek północnych Włoch, najgłębsze jezioro Alp. A jak wiadomo, na jeziorze najlepiej sobie popływać, więc zaplanowaliśmy sobie całodniowy rejsik promem z przystankami w malowniczych miejscowościach. Już same ich nazwy brzmią poetycko(albo to przez moje nostalgiczne wspomnienia tak mi się wydaje): Bellagio, Menaggio, Varenna…Zdecydowaliśmy się popłynąć aż do Bellagio, które uważane jest za najbardziej malownicze i zyskało nawet miano „perły jeziora Como”, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Lenno. 


Widoki z wody są niesamowite, widoki na jezioro są niesamowite… nie ma co się zatem dziwić, że sławy takie jak Madonna czy George Clooney mają tu domy, a jezioro było tłem w takich filmach jak Casino Royale czy  Gwiezdne wojny: część II - Atak klonów. Szkoda, że nie mieliśmy małej własnej łódeczki i czasu na odkrycie wszystkich położonych nad Como miasteczek. 


Bellagio ma urokliwą starówkę, kilka stromych uliczek, kościół… i to by było na tyle. Czasami dla odmiany dobrze jest wybrać się w miejsce, w którym nikt nie zrobił listy: 10 rzeczy, które koniecznie musisz zobaczyć, z prostego powodu: nie znalazłby ich aż 10. Delektowaliśmy się słońcem, poddaliśmy się dolce fare niente, znaleźliśmy ukrytą małą knajpkę i rozkoszowaliśmy się rozmową przy Spitzu i przekąskach. Nie potrzebowaliśmy nic więcej do szczęścia. No może pysznego gelato, takiego, które tylko we Włoszech tak smakuje. Pokręciliśmy się troszkę po Bellagio i czas było wracać…


Właśnie zdałąm sobie sprawę, że dzisiejszy post jest 200 postem na tym blogu. Jeśli lubisz tu zaglądać, zostaw komentarz albo polub fanpage bloga na facebooku.


When travelling (as to live In one, is Just another story), I love to explore tiny picturesque towns. There are plenty of those in countries like Portugal, Italy, Spain..They are perfect for a one-hour walk around. Where after that hour, you can just find a nice café and sit down for a coffee. Or aperitivo. Or gelato. Well, you always can have it all- never say no to small pleasures…

How do you decide where to travel next? You dream about some places, cities, countries, you’ve heard only nice things about other destinations and to some places you go to visit your friends or family. My sister’s been living in Como for around 3 years so when she finally invited us, we just couldn’t say no (who says no to Italian holidays anyway?). this invitation meant that we had the chance to visit one of the postcard views from the northern Italy, the deepest lake in the Alps. And because the lake is perfect for a boat trip, we spend the whole day on a cruise and visited some picturesque towns. Names itself sound so poetic (or it’s just me being nostalgic): Bellagio, Menaggio, Varenna ... We decided to hop off in Bellagio, which is considered the most picturesque one and is known as  the pearl of Lake Como and on our way back we stopped in Lenno. 


The views from the water are amazing, the views of the lake are amazing ... no wonder it is here that celebrities like Madonna or George Clooney bought  houses, and that blockbusters like Casino Royale and Star Wars: Episode II - Attack of the Clones were filmed there. I just wish we had our own private boat or yacht and lots of time to explore all the small town on the lake shores.


Bellagio has a charming old town , a few steep streets , the church ... and that would probably be all. Doesn’t it feel good to be in such a place where nobody made a list of 10 things/places to do/see, as there simply aren’t 10 things to see/do? We just found it perfect, enjoyed the sun, found a small café and talked for quite some time sipping our Spritz. We didn’t need anything else to feel happy. Maybe a gelato, that only in Italy has this taste that you remember after you’re back home.  


I've just notice that this is the 200th post on this blog! Wow. 

Bądź na bieżąco/ Follow by Email